Philip K. Dick - Roog
- Roog! - zawy� pies. Opar� �apy na szczycie parkanu i rozejrza� si�. Roog zbli�y� si� do dziedzi�ca.
By�
wczesny ranek i s�o�ce jeszcze na dobre nie wzesz�o. Powietrze by�o zimne i
szare, a �ciany domu pokryte kroplami wilgoci. Pis lekko rozdziawi� pysk, jego
wielkie czarne �apy wpi�y si� w drewno parkanu.
Roog stan�� przy otwartej
bramie, zagl�daj�c na podw�rze. By� to ma�y Roog, szczup�y i bia�y, na
trz�s�cych si� nogach. Mrugn�� na psa, a pies wyszczerzy� k�y.
- Roog! -
powt�rzy�. D�wi�k odbi� si� echem w milcz�cym p�mroku. Nic si� nie poruszy�o
ani nie obudzi�o. Pies opad� na cztery �apy i pomaszerowa� przez podw�rze do
schod�w werandy. Usiad� na najni�szym i obserwowa� Rooga. Roog spojrza� na
niego. Nast�pnie wyci�gn�� szyj� w stron� okna, tu� nad sob�. W�szy�.
Pies
�mign�� przez dziedziniec. Uderzy� o ogrodzenie, furtka zadr�a�a i j�kn��. Roog
pospieszy� �cie�k�, drobi�c zabawnie. Pies u�o�y� si� przy listewkach furtki,
wywali� czerwony oz�r i ci�ko oddycha�. Przygl�da� si� znikaj�cemu
Googowi.
Le�a� cicho, jego czarne oczy lustrowa�y teren. Budzi� si� dzie�.
Niebo poja�nia�o, z zewsz�d dobieg�y ludzkie g�osy d�wi�cz�ce w porannym
powietrzu. Spoza cieni wyjrza�y �wiat�a. W ch�odnym brzasku otworzy�o si�
okno.
Pies si� nie poruszy�. Pilnowa� �cie�ki.
W kuchni pani Cordossi
nala�a wody do czajnika z kaw�. Nad naczyniem unios�a si� para, o�lepiaj�c j�.
Postawi�a czajnik na brzegu pieca i posz�a do spi�arni. Kiedy wr�ci�a, Alf sta�
w drzwiach kuchni. Z�o�y� okulary.
- Przynios�a� gazet�? - spyta�.
- Jest
na zewn�trz.
Alf Cordossi przemierzy� kuchni�. Odryglowa� tylne drzwi i
wyszed� na werand�. Ogarn�� wzrokiem szary, wilgotny poranek. Przy bramie le�a�
Boris, czarny i kud�aty, z wywieszonym j�zykiem.
-Schowaj j�zyk - poleci�
Alf. Pies rzuci� mu szybkie spojrzenie. Jego ogon uderzy� o ziemie. - J�zyk -
rzek� Alf - schowaj j�zyk.
Pies i m�czyzna patrzyli na siebie. Pies
zaskomla�. Jego oczy by�y l�ni�ce i rozgor�czkowane.
- Roog! - odezwa� si�
cicho.
- Co? - Alf rozejrza� si�. - Kto� idzie? Gazeciarz?
Pies wlepi� we�
spojrzenie, otwieraj�c pysk.
- Jeste� ostatnio wyra�nie niespokojny -
stwierdzi� Alf. - Lepiej si� rozlu�nij. Obaj robimy si� zbyt starzy na to, �eby
si� denerwowa�.
Wr�ci� do �rodka.
Wsta�o s�o�ce. Ulice poja�nia�a i
o�ywi�a si� kolorami. Listonosz szed� chodnikiem, nios�c listy i czasopisma.
Przebieg�o kilkoro dzieci, �miej�c si� i rozmawiaj�c.
Oko�o jedenastej pani
Cordossi zamiot�a frontow� werand�. Przerwa�a na chwil�, wci�gaj�c
powietrze.
- �adnie dzi� pachnie - powiedzia�a. - To znaczy, �e b�dzie dzi�
ciep�o.
W upale po�udnia czarny pies le�a� rozci�gni�ty pod gankiem. Jego
pier� podnosi�a si� i opada�a. W ga��ziach wi�ni dokazywa�y ptaki, skrzecz�c i
�wiergocz�c. Co pewien czas Boris unosi� g�ow� i przygl�da� si� im. Wkr�tce
jednak wsta� i potruchta� pod drzewo.
Kiedy ju� si� pod nim znalaz�, ujrza�
dwa Roogi siedz�ce na parkanie i obserwuj�ce go.
- Jest du�y - powiedzia�
pierwszy Roog. - Wi�kszo�� Stra�nik�w nie jest taka du�a.
Drugi Roog kiwn��
chwiej�c� si� na szyi g�ow�. Boris czuwa� bez ruchu, z cia�em zesztywnia�ym i
napi�tym. Roogi zamilk�y, przygl�daj�c si� ogromnemu psu i kud�atej bia�ej
krezie na jego szyi.
- Jak tam urna ofiarnicza? - zapyta� pierwszy. - Czy
jest prawie pe�na?
- Tak - przytakn�� drugi. - Niemal gotowa.
- Ty, tam! -
pierwszy Roog podni�s� g�os. - S�yszysz mnie? Zdecydowali�my si� tym razem
przyj�� ofiar�. Pami�taj wi�c, �eby nas wpu�ci�. Tym razem bez �adnych
g�upstw.
- Nie zapomnij - doda� drugi. - To ju� nied�ugo.
Boris nie
odezwa� si�.
Dwa Roogi zeskoczy�y z p�otu i stan�y na dr�ce. Jeden z nich
wyci�gn�� map�, zacz�� j� studiowa�.
- Ten obszar nie jest za dobry na
pierwsz� pr�b� - powiedzia� pierwszy Roog. - Za wielu Stra�nik�w... Sp�jrz,
rejon p�nocny...
- Oni zdecydowali - odpar� drugi. Jest tak wiele
czynnik�w...
- Jasne. - Spojrzeli na Borisa i odsun�li si� od ogrodzenia. Nie
m�g� us�ysze� ich dalszej rozmowy.
Po chwili schowali map� i ruszyli
�cie�k�.
Boris podszed� do parkanu i obw�cha� deski. Wyczu� niezdrowy, zgni�y
zapach Roog�w i sier�� zje�y�a mu si� na grzbiecie.
Tego wieczora, gdy Alf
Cordossi wr�ci� do domu, pies sta� przy furtce obserwuj�c drog�. Alf otworzy�
bramk� i wkroczy� na podw�rko.
- Jak si� masz? - spyta� klepi�c psa po boku.
- Przesta�e� si� martwi�? Wydaje mi si�, �e ostatnio jeste� nerwowy. Kiedy� taki
nie by�e�.
Boris zaskomla�, wpatruj�c si� intensywnie w twarz cz�owieka.
- Jeste� dobrym psem, Boris - powiedzia� Alf. - I kawa� buka z ciebie. Nie
pami�tasz, �e dawno temu by�e� szczeniakiem.
Boris opar� si� o nog�
m�czyzny.
- Jeste� dobrym psem - mrukn�� Alf. - Chcia�bym wiedzie� co
my�lisz.
Wszed� do domu. Pani Cordossi nakrywa�a st� do kolacji. Alf wszed�
do salonu, zdj�� p�aszcz i kapelusz. Po�o�y� swoje obiadowa pude�ko na kredensie
i wr�ci� do kuchni.
- Co si� sta�o? - zapyta�a pani Cordossi.
- Pies za
bardzo ha�asuje. S�siedzi znowu poskar�� si� policji.
- Mam nadziej�, �e nie
b�dzie trzeba oddawa� go do twojego brata - rzek�a pani Cordossi, sk�adaj�c
r�ce. - Ale to prawda, �e wariuje, zw�aszcza w pi�tek rano, kiedy przychodz�
�mieciarze.
- Mo�e si� uspokoi - powiedzia� Alf. Zapali� fajk� i dmuchn�� z
powag�. - Kiedy� nie by� taki. Ma�e poprawi, b�dzie jak kiedy�.
- Zobaczymy -
rzek�a z powag� pani Cordossi.
Wsta�o s�o�ce, zimne i z�owieszcze. Mg�a
spowija�a wszystkie drzewa i snu�a si� nisko przy ziemi.
By� pi�tek
rano.
Czarny pies le�a� pod gankiem, nas�uchuj�c, mia� szeroko otwarte oczy i
obserwowa� uwa�nie otoczenie. Jego futro by�o sztywne od szronu, a oddech
tworzy� ob�oczki pary. Nagle obr�ci� g�ow� i zerwa� si� na r�wne nogi.
Z
bardzo daleka, z odleg�ego kra�ca ulicy, dobieg� go s�aby d�wi�k, co� niby
trzask.
- Roog! - Zawy� Boris, rozgl�daj�c si�. Pogna� do bramy i stan�� na
tylnych �apach, przednie opieraj�c o parkan.
W oddali zn�w rozleg� si� ten
d�wi�k, teraz g�o�niejszy i nie tak odleg�y jak poprzednio. Trzaskanie i
brz�czenie, jak gdyby cos by�o wtaczane, jakby otwierano jakie� olbrzymie
wrota.
- Roog! - zaskomla� Boris. Utkwi� niespokojny wzrok w pogr��onych w
ciemno�ciach oknach. Nic si� nie poruszy�o, nic.
Drog� nadjecha�y Roogi. Ich
ci�ar�wka posuwa�a si� w g�r� ulicy, trz�s�c si� na wybojach, �omocz�c i
warcz�c.
- Roog! - Boris podskoczy� z b�yszcz�cymi oczyma. Nagle uspokoi�
si�. Przywarowa� przy ziemi i czeka�, nas�uchuj�c.
Roogi zatrzyma�y
ci�ar�wk� przed domem. S�ysza�, jak otwieraj� drzwiczki i tupi� na chodniku.
Boris zatoczy� ma�e k�ko. Zaskowycza�, raz jeszcze zwracaj�c pysk w stron�
domu.
W ciep�ej, ciemnej sypialni pan Cordossi usiad� na ��ku, �upi�c na
zegar.
- Ten przekl�ty pies - mrukn��. - Ten przekl�ty pies. - Schowa� twarz
w poduszk� i zamkn�� oczy.
Roogi ju� zbli�a�y si� �cie�k�. Pierwszy Roog
pchn�� furtk�. Weszli na podw�rko. Pies cofn�� si�.
- Roog! Roog! - zawy�.
Odra�aj�cy, ostry zapach Roog�w dotar� do jego nosa. Odwr�ci� si�.
- Urna
ofiarnicza - powiedzia� pierwszy Roog. - My�l�, �e jest pe�na. - U�miechn�� si�
do rozz�oszczonego, nieust�pliwego psa. - Jak to �adnie z twojej
strony.
Roogi podesz�y do metalowego pojemnika, jeden z nich zdj��
pokryw�.
- Roog! Roog! - wo�a� Boris przytulony do schodk�w werandy. Trz�s�
si� z przera�enia. Roogi podnios�y wielkie metalowe naczynie, przekrzywiaj�c je
na bok, zawarto�� wysypa�a si� na ziemi�, a Roogi zacz�y grzeba� w
przepe�nionych workach, oddzielaj�c papiery , wybieraj�c sk�rki i cz�stki
pomara�czy, kawa�ki tost�w i skorupki od jajek.
Jeden Roog wrzuci� skorupk�
jajka do ust. Chrupi�c, zgni�t� j� z�bami.
- ROOG! - krzykn�� rozpaczliwie
Boris, prawie do siebie. Roogi sko�czy�y ju� przyjmowanie ofiary. Zatrzyma�y si�
na moment, patrz�c na Borisa.
Wtedy powoli, cicho, spojrza�y w g�r�, na
�cian� domu, na stiuk, w okno szczelnie zaci�gni�te br�zow� zas�on�.
- Roog!
- zapiszcza� Boris i rzuci� si� na nich, ta�cz�c w furii i przera�eniu. Roogi
niech�tnie odwr�ci�y si� od okna. Wysz�y przez bram�, zamykaj�c j� za sob�.
-
Sp�jrz na niego - powiedzia� ostatni Roog z pogard�, naci�gaj�c derk� na rami�.
Boris natar� na ogrodzenie, z otwartym pyskiem, k�api�c dziko. Najwi�kszy Roog
zacz�� gwa�townie wymachiwa� ramieniem i Boris wycofa� si�. Usiad� przy
schodkach ganku, wci�� z otwartym pyskiem, z jego piersi doby� si� tragiczny,
okropny j�k oznaczaj�cy rozpacz.
- Chod� - powiedzia� drugi Roog do
pierwszego, kt�ry oci�ga� si� przy bramie.
Ruszy�y alej�.
- C�, opr�cz
tych niewielkich przestrzeni wok� Stra�nik�w, ten teren jest dobrze oczyszczony
- rzek� najwi�kszy Roog. - B�d� zadowolony, kiedy zrobi si� co� z tym jednym.
Sprawia du�o k�opot�w.
- Nie b�d� niecierpliwy - odezwa� si� inny Roog.
Wyszczerzy� z�by. - Nasza ci�ar�wka i tak jest pe�na. Zostawmy co� na nast�pny
tydzie�.
Wszystkie Roogi wybuchn�y �miechem.
Sz�y dalej alej�, nios�c
ofiar� w brudnej, postrz�pionej derce.
Pos�owie:
Roog - pierwsze sprzedane opowiadanie
Kiedy
wreszcie uda ci si� sprzeda� pierwsze opowiadanie, biegniesz do telefonu i
dzwonisz do najlepszego przyjaciela, �eby go o tym zawiadomi�. Niestety,
przyjaciel odk�ada s�uchawk�, zanim zd��ysz powiedzie� dwa zdania, co mocno ci�
dziwi, a1e zaraz potem u�wiadamiasz sobie, �e przecie� on te� usi�uje sprzeda�
komu� swoje teksty - niestety, jak na razie bez powodzenia. Twoja euforia jakby
troch� s�abnie, a1e potem do domu wraca �ona, przekazujesz jej radosn�
wiadomo��, a ona cieszy si� razem z tob�.
Kiedy sprzeda�em Rooga Anthony'emu
Boucherowi z "Fantasy & Science Fiction", pracowa�em w sklepie z p�ytami, a
w wolnych chwilach zajmowa�em si� pisaniem. Je�li kto� mnie pyta�, czym si�
zajmuj�, zawsze odpowiada�em: "Jestem pisarzem". By�o to w Berkeley, w roku
1951. W�wczas wszyscy byli tam pisarzami, a1e nikt nigdzie nie publikowa�.
Szczerze m�wi�c, wi�kszo�� moich znajomych uwa�a�a, �e drukowanie opowiada� w
czasopismach jest czym� uw�aczaj�cym godno�ci tw�rcy. Pisa�e� opowiadanie,
czyta�e� je na glos w gronie przyjaci�, po czym wszyscy o nim zapominali. Tak
w�a�nie �y�o si� wtedy w Berkeley.
Nie�atwo by�o mi wprawi� kogokolwiek w
podziw tak�e z tego powodu, �e moje dzie�o nie by�o literack� historyjk� i nie
ukaza�o si� w niskonak�adowym ambitnym periodyku, lecz by�o opowiadaniem SF. W
tamtych czasach w Berkeley nie czyta�o si� fantastyki naukowej (nie licz�c
niedu�ej, dziwacznej grupki fan�w; przypominali �yj�ce ro�liny). "A co z
pisaniem na powa�nie?" - pytano mnie. Wydawa�o mi si�, �e Roog to ca�kiem
powa�ne opowiadanie. Jest w nim mowa o strachu, lojalno�ci, zagadkowym
zagro�eniu oraz o dobrej istocie, nie mog�cej ostrzec tych, kt�rych kocha. Czy
mo�na sobie wyobrazi� co� powa�niejszego? Przez "powa�ne" ludzie rozumieli
"wa�ne", SF za� z definicji nie by�a wa�na. Przez ki1ka tygodni zwija�em si� ze
wstydu na my�l o tym, jak wiele zasad dobrego wychowania z�ama�em, sprzedaj�c
opowiadanie - na domiar z�ego opowiadanie SF.
Co gorsza, w moim umy�le
zacz�o kie�kowa� przekonanie, �e b�d� potrafi� utrzyma� si� z pisania. Roi�em
sobie, �e zrezygnuj� z pracy w sklepie, kupi� lepsz� maszyn�, b�d� pisa� od
�witu do zmierzchu i uda mi si� w terminie p�aci� rachunki. Ka�dego delikwenta,
kt�ry zaczyna tak my�le�, powinno zamyka� si� u czubk�w. Dla jego dobra. Po
wypisaniu taki cz�owiek przestaje �ni� na jawie, wraca do pracy w sklepie
p�ytowym (albo w supermarkecie, albo w charakterze pucybuta). Widzicie, by�
pisarzem to... Kiedy� zapyta�em przyjaciela, czym chce si� zaj�� po uko�czeniu
college'u, a on mi powiedzia�: "B�d� piratem". M�wi� ca�kiem serio.
Rooga
zdo�a�em sprzeda� dzi�ki Tony'emu Boucherowi, kt�ry podpowiedzia� mi, jakie
zmiany powinienem wprowadzi� do opowiadania. Gdyby nie on, wci�� handlowa�bym
p�ytami. Naprawd�. W tamtych czasach Tony prowadzi� co� w rodzaju warsztat�w
literackich w salonie swojego domu w Berkeley. Czyta� na glos nasze utwory,
dzi�ki czemu dostrzegali�my nie tylko ich potworne wady, a1e r�wnie� drogi
ratunku. Tony nigdy nikomu nie powiedzia� wprost, �e co� jest do kitu; zawsze
stara� si� dopom�c w przekszta�ceniu tego czego� w dzie�o sztuki. Doskonale
wiedzia�, co to jest dobra literatura. Za swoje us�ugi liczy� sobie (a teraz
uwaga!) dolara tygodniowo. Dolara! Je�li po tej planecie kiedykolwiek chodzi�
naprawd� dobry cz�owiek, to by� nim Anthony Boucher. Szczerze go kochali�my.
Spotykali�my si� raz w tygodniu i grali�my w pokera. Poker, opera i literatura
by�y dla Tony'ego r�wnie wa�ne. Ogromnie mi go brakuje. W 1974 przy�ni�o mi si�,
�e znalaz�em si� na tamtym �wiecie i �e osob�, kt�ra mnie tam przywita�a, by�
w�a�nie Tony. Kiedy my�l� o tym �nie, �zy nap�ywaj� mi do oczu. Czeka� na mnie
jak �ywy, tyle �e przemieniony w Tony'ego Tygrysa, jak w reklamie p�atk�w
owsianych. W tym �nie by� szcz�liwy, i ja te� by�em szcz�liwy, ale to tylko
sen. Tony Boucher odszed� ja jednak wci�� pisz�, w�a�nie dzi�ki niemu. Za ka�dym
razem, kiedy siadam do maszyny, my�l� o tym cz�owieku. Nauczy� mnie, jak pisa� z
mi�o�ci, a nie dla zaspokojenia ambicji. Wszystko powinno robi� si� w ten
spos�b.
To opowiadanie jest o psie - prawdziwym psie, kt�ry ju� nie �yje,
jak Tony. W rzeczywisto�ci nazywa� si� Snooper i wierzy� w swoje powo�anie co
najmniej r�wnie mocno jak ja w swoje. Jego powo�anie (wedle wszelkich oznak)
polega�o na tym, �eby nie dopu�ci� do tego, by ktokolwiek okrad� �mietnik jego
pa�stwa. Snooper by� �wi�cie przekonany, �e pa�stwo traktuj� �mieci jako co�
niezwykle cennego; b�d� co b�d�, codziennie wynosili przer�ne smako�yki
zapakowane w papierowe torby, pieczo�owicie umieszczali je w solidnym metalowym
pojemniku, po czym starannie zamykali pokryw�. Pod koniec tygodnia, kiedy
pojemnik by� pe�en, wielkim samochodem przyje�d�a�y najstraszliwsze potwory,
jakie kiedykolwiek widziano w Uk�adzie S�onecznym, i zabiera�y bezcenny skarb.
Snooper doskonale wiedzia�, kt�rego dnia nast�powa�a katastrofa: w pi�tek. W
zwi�zku z tym w ka�dy pi�tek oko�o pi�tej rano Snooper zaczyna� szczeka�.
Domy�lili�my si� z �on�, �e mniej wi�cej o tej samej porze dzwoni�y budziki przy
��kach �mieciarzy. Snooper doskonale wiedzia�, kiedy te potwory wychodzi�y ze
swoich dom�w. S�ysza� ich. Tylko on jeden zdawa� sobie spraw� z zagro�enia; ca�a
reszta �y�a w b�ogiej nie�wiadomo�ci. Snooper zapewne przypuszcza�, �e urodzi�
si� na planecie zamieszkanej przez kretyn�w. Jego pa�stwo, a tak�e wszyscy
mieszka�cy Berkeley, doskonale s�yszeli zbli�aj�cych si� �mieciarzy, a mimo to
nikt nie podejmowa� �adnego dzia�ania. Jego ujadanie co tydzie� doprowadza�o
mnie do szale�stwa, a1e jednocze�nie fascynowa�a mnie logika, kt�r� kierowa� si�
w swoim post�powaniu. Dr�czy�o mnie pytanie: Jak nasz �wiat wygl�da w oczach
mego psa? Z pewno�ci� zupe�nie inaczej ni� w naszych. Stworzy� sobie kompletny
system przekona�. �wiatopogl�d ca�kowicie r�ny od naszego, lecz doskonale
sp�jny logicznie - rzecz jasna, je�li wzi�� pod uwag� przes�anki, jakimi si�
kierowa�.
Oto od czego, m�wi�c w najwi�kszym skr�cie, zacz�a si� moja
trwaj�ca ju� dwadzie�cia siedem lat kariera pisarska: od pr�by wej�cia do g�owy
innej istoty i spojrzenia na �wiat jej oczami. Im bardziej r�ni si� od nas ta
istota, tym lepiej. Zaczynasz od najprostszego tworu dysponuj�cego �wiadomo�ci�
i opisujesz jego �wiat. Rzecz jasna, nigdy nie odtworzysz go ze stuprocentow�
dok�adno�ci�, ale wydaje mi si�, �e zdo�asz wysun�� przynajmniej kilka
prawdopodobnych hipotez. Stopniowo zacz�o ogarnia� mnie przekonanie, i� ka�da
istota �yje we w�asnym �wiecie, odmiennym od �wiat�w zamieszkanych przez inne
istoty. Wci�� w to wierz�. Dla Snoopera �mieciarze byli straszliwymi,
niebezpiecznymi potworami; jestem przekonany, �e ca�kiem dos�ownie postrzega�
ich zupe�nie inaczej ni� my, ludzie.
Nie wszyscy podzielali m�j pogl�d. Tony
Boucher poprosi� znan� autork� wielu antologii (nazwiemy j� J. M.) o
przeczytanie Rooga. Mia� nadziej�, �e znajdzie si� d1a niego miejsce w kt�rym� z
przygotowywanych przez ni� zbior�w. Jej reakcja ogromnie mnie zaskoczy�a.
"�mieciarze wcale tak nie wygl�daj� - odpisa�a. - Nie maj� cienkich kark�w i
ko�ysz�cych si� g��w, nie po�eraj� te� ludzi ". Zdaje si�, �e wyliczy�a ponad
dziesi�� b��d�w w moim opisie �mieciarzy. Odpowiedzia�em, �e owszem, ma racj�,
a1e z punktu widzenia psa... Pies si� oczywi�cie myli. Poza tym ma troch� �wira
na tym punkcie. Tu nie chodzi o jakiego� tam psa i o jego pogl�dy na temat
�mieciarzy, a1e o psa-wariata, kt�rego do szale�stwa doprowadzi�y cotygodniowe
najazdy na �mietnik. To pies-desperat. Pragn��em to pokaza�. W gruncie rzeczy
w�a�nie o tym jest opowiadanie: biedaczysko znalaz� si� w �lepym zau�ku,
regularnie powtarzaj�cy si� akt destrukcji wp�dzi� go w szale�stwo. Inne Roogi
doskonale zdawa�y sobie z tego spraw�. By�y zachwycone. Dra�ni�y biedaka.
Karmi�y si� jego og�upieniem.
Panna J. M. nie wzi�a powiadania do
antologii, ale Tony wydrukowa� je i od tego czasu wci�� jest wznawiane. Trafi�o
nawet do podr�cznik�w dla szk�l �rednich. Rozmawia�em kiedy� z dzieciakami,
kt�re je przerabia�y, i okaza�o si�, �e wszystkie doskonale rozumiej� jego
przes�anie, a najlepiej poj�� je pewien niewidomy ch�opiec. Od pocz�tku
wiedzia�, co oznacza s�owo Roog. Wielokrotnie do�wiadcza� niemal identycznej
rozpaczy, bezradnej w�ciek�o�ci i goryczy pora�ki. Ca�kiem mo�liwe, �e gdzie�
mi�dzy rokiem 1951 a 1971 wszyscy doro�li�my do niebezpiecze�stw i przekszta�ce�
tego, co zwyczajne, a na co wcze�niej nie zwracali�my uwagi. Nie wiem. Tak czy
inaczej, Roog jest utworem biograficznym. Obserwowa�em cierpienie psa, cz�ciowo
rozumia�em (a1e nie do ko�ca), co go gn�bi, i chcia�em da� temu wyraz w jego
imieniu. To wszystko jest w opowiadaniu. Snooper nie potrafi� m�wi�; ja
potrafi�em. Mog�em to nawet zapisa�, kto inny z kolei m�g� to wydrukowa�, �eby
ludzie o nim przeczytali. W�a�nie na tym polega pisarstwo: autor staje si�
rzecznikiem tych, kt�rzy nie maj� g�osu. Nie m�wisz swoim g�osem, lecz g�osami
tych wszystkich, kt�rych zazwyczaj nie s�ycha�.
Snooper nie �yje, a1e pies z
opowiadania, Boris, cieszy si� dobrym zdrowiem. Tony Boucher nie �yje, ja te�
kiedy� umr�, i wy tak�e, ale wtedy, w roku 1971, kiedy rozmawia�em z uczniami o
Roogu (r�wno dwadzie�cia lat po tym, jak sprzeda�em je Boucherowi), ujadanie,
l�k i szlachetne wysi�ki Snoopera o�y�y na nowo, na co zreszt� sobie zas�u�y�.
To opowiadanie jest moim podarunkiem dla zwierzaka, kt�ry ju� niczego nie widzi
i nie s�yszy, kt�ry ju� nie szczeka, ale, do jasnej cholery, robi�, co do niego
nale�a�o. Nawet je�li panna J.M. nie by�a w stanie tego zrozumie�. (1978)
Kocham to opowiadanie. W�tpi�, czy teraz pisz� lepiej ni� wtedy, w 1951;
moje teksty s� tylko d�u�sze, i tyle.
Philip K. Dick